Tramwaje

poniedziałek, 21 marca 2011


Zapytaj mnie, a Ci odpowiem. No dalej! Co u mnie? Nie wiem, w sumie sam nie wiem. To, co zwykle właściwie.. Ale wiem całkiem sporo, co u ludzi z tramwajów. Chcesz posłuchać? U tych bezwstydnych i niepohamowanych w swojej ekshibicjonistycznej naturze. Gadających przez telefony. Znam te melodie na pamięć, melodie komórkowych dzwonków, odgłosów spłukiwanej wody, pierdzenia, cytatów z filmów, dobrej techniawki, klasyki Nokii, melodie głośnych rozmów studentek z mamusiami; chłopaków z dziewczynami; mężów z żonami; kibiców z kibicami; maturzystów; urzędników; sprzedawców; nauczycieli; wariatów i bezdomnych. Tramwajowy kalejdoskop. Wesoły wagon na krzywych torach. Wesoły i głośny, rozgadany, jak klasa, kiedy wychodzi nauczyciel. Motorniczy nie ma autorytetu. Ale ma dwa szaliki Lecha, trochę nalepek poprzyklejanych do szyb i koniecznie jakiegoś świętego patrona na obrazku. Patron tramwajów. Jak ma na imię? Motorniczy, nie patron. Mirek, może Roman. Koniecznie z wąsem. Ale autorytetu nie ma. Możesz pić browary i pluć na podłogę. Możesz grzecznie pytać młodzież, czy ma portfel – nikt się za nimi nie wstawi. Za mną się nie wstawiali. Czasem trzeba dostać w ryj, takie są koleje losu, zdobywanie doświadczenia. Po to, byś wiedział, że nie należy się wstawiać. Za kimś, bo generalnie warto się wstawiać. Kiedy wszyscy są wstawieni w tramwaju jest jeszcze głośniej, a bariery znikają. Kaśka zdradzała faceta. Wiem to od tej piskliwej, brązowej, jakby ją ktoś wędził przez miesiąc, Afrodyty z Cuba Libre. Kupiła sobie bolerko „blink blink”, czymkolwiek to jest. Ktoś, kto z nią rozmawia przez telefon musi mieć talent, bo ja jestem u kresu. Koleś obok mnie nie ma chyba wymagań, co do partnerek, nie potrzebuje rozmów, spacerów, odrobiny intelektualnej sprzeczki, wymiany zdań, tych rozkosznych podchodów i kokieterii. Nie może ich mieć, bo ślini się na Piskliwą. Dosłownie, ma mokrą wargę i uśmiecha się kącikiem ust. Wieczorem spotka ją na parkiecie, wyda z siebie jakiś godowy okrzyk, może nawet jakieś zdanie podrzędnie złożone i zaliczy Afrodytę w kiblu. Jest ambitny, bo mógłby wywalić siano na dziwki, a inwestuje w driny i ćwiczy bajer. Ale teraz jest w tramwaju, tramwajowy gangster. Skórzana kurtka, fajny dresik, kowbojki. Ma styl. Zna się na autach, dużo ich widzi przez tramwajowe szyby. Wyrzucili go z roboty, bo za dużo kebabów rozdawał kolegom. Ale ma CV, a co najważniejsze talent. Przede wszystkim jest wszechstronny, bo robił też w pizzach. ‘Też go wyjebali’, ale to inna historia… Pani od historii to ‘głupia pizda’ – właśnie się dowiedziałem. Ale macie rację dziewuchy, nie powinna była robić sprawdzianu, który zapowiedziała. Mogła się domyślić, że byłyście ‘na baletach’, a Anka obrzygała taksówkę. Zero empatii w tych ludziach. Tak nam mówią na filozofii. Tak mówią w tramwaju. Gdy wsiadam do bimby jestem pozytywistą, wysiadam ‘ponowoczesny’. ‘Jakim pan jest chamem’! Fakt, jest zwyrodniałym, starym, niereformowalnym chamem; 70-letnim parszywym, stetryczałym, samolubnym chamem; chamskim chamem; nie ustąpił miejsca syneczkowi tej pani w berecie i futrze. Skurwiel-egoista. Kombatant pieprzony. Synek źle się czuje, no powiedz panu, że źle się czujesz, powiedz, bo jak Ci przypierdolę..! On tak źle się czuje, że nie może mówić, a ‘pan, dziadzie jeden, siedzisz dalej’. Tył tramwaju się cieszy, zadyma. Może dziadek jej przyleje. Może ona jemu. Co za różnica, ‘komuś by się przyjebało’. Festiwal zapachów. Ferment. Ale nie intelektualny. Ktoś obsmarował gównem siedzenie. Taki żarcik. Otworzyłoby się okno, ale jest zespawane albo sklejone – nawet kowboj w dresie nie dał rady. Minus u Piskliwej. Ale ta go nie zapamięta, nie pamięta nawet, gdzie ma wysiąść. Na parkiecie jest ciemno, dragi pulsują w głowie, kowboj zaliczy. Smród jednak doskwiera. Mógłbym wysiąść i przejść się do domu. Ale może spotkam miłość w tramwaju. Po czym ją poznam? Jak ja będzie milczeć. W autobusach jest inaczej. Oj, tam jest porządek. Widziałem. Kierowca ma autorytet. ‘Kupiłam se amfetaminę i jadę ci obciągać teraz’ – ‘przygotuj się, wysiadasz!’ – prawi wąsaty Mirek albo Roman-kierowca Solarisa zielonego jak Greenpeace. Koniec, jak w wojsku. Liżesz podłogę? Wypierdalasz. A tramwaje? Szatan w nich zamieszkał, taki ziomek z rogami i w pelerynie. A może to Batman.. Wysiadam.

Za drzwiami

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Wymyślanie melodii przychodzi mi łatwiej i lepsze chyba daje efekty, ale lżej mi jak czasem zrymuje dwa zdania.


Za drzwiami
Drzwi zabite deską,
Stąd sny o wytrychu
I przypiętej pinezką
Do drzwi tych na strychu
Starej tajemnicy
W sekretnym języku;
Wyrwanej stronicy
Z księgi ludzkich krzyków.
Drzwi obite złotem
Za dnia ślepym światłem
Niczym złotym grotem
Uderzają raptem.
W nocy zaś kuszące
Jak tancerki Wschodu
Oszukują śniące
Dusze pełne głodu.
Puste stoi krzesło
Klucznika starego.
Nic go nie obeszło,
Że ktoś chciałby tego,
Co drzwi tak uparcie
Przed ludzką potrzebą
Kryją i na warcie
Niewzruszone strzegą.
Gdybym mógł strażniku
Wyłupać ci oczy,
Po cichu, bez krzyku
Widzieć jak krwią broczysz;
Gdybym mógł uderzyć
W drzwi pokryte złotem,
Toporem przymierzyć,
Sam być złotym grotem;
Gdybym po Twym ciele
Stąpając spocony
Stąpał też po dziele,
Którego obrony
Nigdyś się nie wyrzekł,
Lecz zginąłeś mężnie
Pod drewnianym krzyżem
Ciosanym siermiężnie;
Czy zgasiłbym świecę
Z ostatnim świecznikiem?
Czy ją mając w opiece
Stałbym się strażnikiem..?

Co mnie irytuje...

czwartek, 4 listopada 2010

Wiem, że sam jestem irytujący, ale to akurat mnie nie irytuje. Wiem też, że pewne rzeczy irytują, bo nie potrafię ich zrozumieć; bo za mało mam wiedzy i umiejętności, by je pojąć. Ale nie o takiej irytacji mówię. Są zjawiska, których nie nauczę się obserwować w spokoju - irytują mnie doprowadzając czasem do obłędu. A irytują szczególnie wtedy (czyt. teraz), kiedy w moim ciele siedzi:

kac...

- kobiety i bankomaty... Jak długo można szukać karty w torebce?
- starsze panie i bankomaty... Jak długo można mylić te cztery przyciski?
- bezdomni i bankomaty... Ja wiem, że w tych 'kabinach' jest cieplej; ja naprawdę dużo rozumiem, no ale ..rwa..
- psy moich sąsiadów... Jak tępe musi być zwierze, które od lat widzi mnie codziennie, a szczeka jakbym kradł sąsiadom kubły na śmieci? (poza jednym jamnikiem, który nie opanował sztuki i kaszle zamiast szczekać)
- psy i chodniki... Dlaczego w ich małych umysłach pojawia się nieustannie jedna myśl: muszę obsrać chodnik... Dlaczego?
- psy i ich 'panowie'... Dlaczego ja muszę schodzić im z drogi na chodniku? Nie można szarpnąć smyczy?
- psy w tramwajach... Nie dość, że spocony tłum nieustannie trze się o mnie w jakiejś transowej ekstazie, to jeszcze ociera się o mnie włochate prosie z ADHD. Płaci za bilet? No ..rwa mać!
- laski, komórki i tramwaje... Jakiś pokraczny szatański żart. Tego nie da się słuchać, a kiedy zapomnę mp3, to jestem zmuszony. Czy odczuwaliście kiedyś wstyd za osoby, których nie znacie? Jak mnie to irytuje..
- laski, gimnazjum i tramwaje... Wersja alternatywna dla poprzedniej. O tyle gorsza, że w pierwszej nie słychać przeciwnej strony - tu słychać...
- studenci i tramwaje... Jeśli kiedyś prowadziłem rozmowy o zajęciach jadąc tramwajem, to klnę się teraz na Fejsboga - wymierzę sobie za to katorżniczą karę..
- ulotki i greenpeace... Jak długo można mówić 'nie'?
- greenpeace... Pod 'kaponierą' jest facet, który na oczach wszystkich powoli 'przemija'.. a ja mam ratować foki w Kanadzie?!
- Romowie i zakupy... Trzeba to komentować?
- Poczta Polska... Kto wpada na pomysły typu: na poczcie kupisz znicz??!! No ..rwa, jak długa może zrobić się kolejka, kiedy pani wybiera znicze w okienku pocztowym?
- smsy od PLUSA, że zamierza zablokować mi połączenia... Może jest w tym trochę mojej winy, no ale... ..rwa
- ludzie z parasolami... W dupie mają to, że wiecznie trącają mi głowę. Z cukru zrobieni...
- kobiety i witryny sklepowe... Rozumiem, że buty hipnotyzują, ale dlaczego muszę się regularnie w...ać w stającą nagle na chodniku Dzierlatkę?

A tak w ogóle, to wcale nie jestem marudny.. To był ciężki dzień..

Winda

piątek, 22 października 2010

Od dziecka prześladuje mnie pewien sen. Jakby znikąd pojawiam się w starej windzie, ciasnej i szarej. Jej ściany są popisane, przyciski stopione od zabaw zapalniczką. Nie ma luster, może i dobrze..Tylko wąska, pionowa szybka w drzwiach. O dziwo nie spadam, nie..wręcz przeciwnie - winda leniwie pnie się w górę. Skrzypi. To chyba liny, które ją ciągną, skrzypią nienaoliwione. Mijam piętro, na którym niegdyś mieszkałem. Jestem spokojny. Co jakiś czas winda ociera się o coś w tym głębokim szybie. Z każdym piętrem rośnie we mnie niepokój. Nie wiem czego się boję, ale coś na mnie czeka. To już prawie koniec trasy - przez to małe okienko rozpoznaję kolejne piętro. Zaraz powinienem wysiąść. Winda jednostajnym, miarowym tempem pnie się na ostatni przystanek - dlaczego tak bardzo się boję? Jeszcze kilkadziesiąt centymetrów - za chwilę poczuję to zwolnienie i  moment zawieszenia, oczekuję na to znajome stuknięcie hamulców. Jestem przerażony. Winda wcale nie zwalnia. Przecież zaraz się skończy budynek! Czuję, że nie mogę się ruszyć, a przecież muszę wysiąść! Jestem ciężki, nie mogę krzyknąć, a winda przyspiesza. Ona się nie zatrzyma, a jest już tak blisko dachu. Tak blisko końca! To niemożliwe, to niemożliwe! Czuję łzy. I...budzę się. Zawsze budzę się w tym momencie. Ciemny pokój zalany czernią, złowrogi, ale prawdziwy, pozwala odetchnąć. Cień drzewa ożywia martwe ściany, jest tak cicho. Gdzieś jednak pozostaje to straszne uczucie..Dokąd zabrała mnie ta winda? Gdzie byłem, że strach okazał się nie-do-zniesienia? Czym ona jest? I co się stanie, kiedy wsiądę do windy odwiedzając kogoś znajomego i naprawdę rozpoznam owo wąskie okienko? Gdzie leży granica szaleństwa?

Sudan - miejsca, ludzie, przygody. Cz. VI

czwartek, 30 września 2010

O zwierzętach słów kilka


   Ostatnio moja praca nierozerwalnie wiąże się ze zwierzętami, a nigdy nie byłem ich miłośnikiem. Trzeba jednak przyznać, że niektóre stworzenia potrafią wywoływać uśmiech na twarzy, jak choćby mój domowy kot. W Sudanie koty przyprawiają raczej o szewską pasję, biegając gromadnie po hotelowym dachu, jak nie raz to bywało w Wadi Halfa. Życie w tym kraju jest mocno związane ze zwierzętami - czy jest się mieszkańcem, czy tylko gościem, to bez znaczenia. Zanim więc opowiem o dalszych losach wyprawy z 2005 roku, zatrzymując ją niejako w czasie i miejscu, to jest na skalistych drogach IV katarakty, już naprawdę blisko celu, napiszę dziś o tym, jak miały i mają się zwierzęta na tej niewdzięcznej ziemi.
   Gdy sięgniemy naszą kulturową pamięcią o kilka tysiącleci wstecz, to zobaczymy Saharę zieloną i pełną życia. Ziejące teraz pustką uedy, czyli dawne koryta rzek, wypełnione były wówczas wodą, piaszczyste ergi były dnami jezior, a skały górowały nad sawannowym krajobrazem. Bogactwo flory niosło za sobą bogactwo fauny. Słonie, żyrafy i hipopotamy kroczyły ścieżkami, które teraz wypełnia piasek i kamienie, krokodyle pływały rzekami, których koryta wyschły i przypominają raczej pozbawione krwi żyły tego wielkiego organizmu, jakim jest Sahara. Na wschodzie ostał się tylko Nil i to on stał się fundamentem cywilizacji, którym przyszło trwać w czasach, gdy deszcze zapomniały o tej krainie, a słońce i wiatr sprzysięgły się skruszyć każdy kamień.

Wielbłąd
Ten sam wielbłąd

   Jednak nie tylko człowiek okazał się uparty i przystosował się do pustyni, uczyniły tak również zwierzęta, choć zdecydowanie nie wszystkie. Symbol pustyni, obecny na pocztówkach i zdjęciach z arabskich krajów Sahary, czyli wielbłąd, paradoksalnie pojawił się w tym świecie bardzo późno. Ciężko oszacować dokładną datę, kiedy pierwszy garbaty egzemplarz został zaprezentowany publiczności doliny Nilu, ale można chyba założyć że miało to miejsce w I tys. BC, bliżej pewnie przełomu er. Tymczasem to bydło od dawna pełniło najważniejszą rolę w gospodarce i to przez tysiąclecia. Dziś zaś najczęściej spotkać można osła. Zwierzę wielofunkcyjne, nie wymagające częstych napraw i naprawdę ergonomiczne. Modele osłów różnią się między sobą, mogą to być osły jedynki, do przewozu jednego człowieka, osły z przyczepą, dwukołową i umożliwiającą transport dóbr i osób, czy osły cysterny, zaopatrujące mieszkańców w wodę. Jedzą zieleninę, piją niewiele, choć pod tym względem wielbłądy biją je na głowę, potrafiąc delektować się kolczastymi akacjami. Oba gatunki urzekają swoistym brakiem emocji na pyskach, przeżuwają posiłki mając świat raczej w głębokim poważaniu. Czasem tylko, z przyczyn jedynie im znanych, postanowią się zbuntować - staną gdzieś na drodze obrażone. Nie przyszło im jednak wieść żywota w ogrodach Edenu, lecz w ziemskim piekle, które na dodatek nocą zamienia się często w biegun północny. Być może owo zobojętnienie jest jakąś receptą na przetrwanie.
   O kotach wspominałem, nie są specjalnie cenione, choć miały swoje pięć minut, gdy Egipt był kreatorem kultury wschodu Afryki. Teraz, raczej bezdomne, zajmują się przemykaniem z cienia w cień - zaiste karkołomne zadanie w tej części świata.. Psy nie mają lepiej. Arabowie nie szanują tych stworzeń (co nawet dla mnie, którego antypatia w stosunku do psów jest potężna, bywa rażące), często traktując je kamieniem. Żyją na obrzeżach wsi, łączą się w gangi, jednak rzadko zagrażają ludziom. Pamiętam jednak, że nie czułem się pewnie, gdy po raz pierwszy szedłem na Gebel Barkal i stanąłem twarzą w twarz ze sforą zdziczałych, lekko niepełnosprawnych, ale zawsze - psów. I to nie były pustynne jamniki. Pamiętam, że wzorem autochtonów zaopatrzyłem się w kamienie, których jednak użyć nie musiałem. Nieopodal leżała padlina, która stanowiła jadłospis napotkanej watahy, może dlatego postanowiły nas oszczędzić. Jakie obrzydzenie maluje się na twarzach Sudańczyków, gdy mówią o Chińczykach jedzących psy!
   Sudańska prowincja żyje z rolnictwa. Na szerszą skalę hoduje się tylko kozo-owce. Gdzieś umyka mi różnica między jednymi a drugimi, dlatego sprowadzam je do jednego bytu. Trzymane są zazwyczaj w zagrodach zbudowanych z akacjowych gałęzi, czasem z cegły mułowej. Ich wyraz twarzy również nie sugeruje refleksyjnego stanu, w czym upodabnia je do osłów i wielbłądów. Jest coś nad wyraz pociesznego w tych stworzeniach, szczególnie młodych okazach - taka słodka odmiana głupkowatości. Na wsiach trzyma się również kury oraz gołębie. Bynajmniej nie pocztowe. Wielokrotnie otrzymywaliśmy podarki w postaci gołąbków, jeszcze żywych, ale z oczywistym przeznaczeniem. Przynosił je np. niejaki Khalifa w Hagar el-Beida, który nota bene lansował nową modę (pytanie czy skądś przyszła?) noszenia zamiast czapki - wiadra. Ale o krzykach mody w Sudanie, to może następnym razem.

Kozo-owca...


                Fot. Ł. Banaszek

   Mieszkanie nad Nilem powoduje też, iż człowiek może wejść w interakcję z rybami. Kiedyś przyniesiono nam dużego nilowego suma. Zaiste interakcja była - bo ów sum jeszcze żył... W smaku przypominał karpia i trzeba mu oddać, że smaczny był. Niemniej, ryby i mięso, to na prowincji rzadkie przysmaki. inaczej jest w miastach, gdzie wybór jest większy - w Karima w tym roku potrafiłem jeść kurczaki na śniadanie, obiad i kolację. Jednak mięso kozo-owiec, tzw. lachma poza smakiem mięsa raczej nie przypomina. Tak, czy owak, pozostaje jednym z bardziej wykwintnych dań, jakimi można zostać poczęstowanym. Kiedy w tym roku spędziłem kilka dni pod drzewem przy muzeum w Karima, czekając aż komisja sudańskich inspektorów skończy narady, miałem okazję być członkiem uczty. Przyprowadzono barana (haruf), którego następnie zabito i obdarto ze skóry. Zajmował się tym miejscowy żołnierz, który w międzyczasie bywał fryzjerem, a teraz stał się rzeźnikiem i kucharzem. Rozwieszonego na drabinie barana elegancko wypatroszył, a potem ugotował dwa rodzaje lachmy - oczywiście oba raczej ciężko-jadalne.

Wysokiej jakości posiłek w jednej z sudańskich restauracji.

   Moje dzisiejsze opowiadanie chciałem jeszcze uzupełnić o zwierzęta drobniejsze, ale istotne i ciekawe. Otóż kto wybierze się do Sudanu, ten świadom być musi, że prędzej, czy później, natknie się na owady. Różne jest ludzkie nastawienie do naszych mniejszych braci, choćby dlatego, że wielu z nas nigdy nie nazwie się bratem karalucha. Te jednak stanowią problem stosunkowo nieznaczny, mieszkając raczej w miastach i przeważnie w ubikacjach, a stopień ich zobojętnienia bije kopytne na głowę. Nieprzyjemna może być natomiast obecność much. Szczególnie w rejonie IV katarakty poznałem ich natręctwo, a także skutki obcowania z nimi. Nie od dziś wiadomo, że muchy lubią przebywać w miejscu zaopatrywanym codziennie, głównie odchodami... Po czym poznać muchę, która właśnie wraca ze swojej ulubionej miejscówki? Po wilgotnym, lepkim dotyku, którym nas raczy siadając nieustannie na naszych rękach, nogach i twarzy. Niezwykle uparte są to stworzenia, bo tak długo będą próbować, aż zginą. Problem polega jednak na tym, że w przeciwieństwie do Polski, muchy sudańskie nie działają samotnie, lecz w setkach. Bywały obiady, podczas których połknięcie muchy było zwykłą statystyką. W końcu i nas dotknęło zobojętnienie... Muchy to jednak nie wszystko, trzeba przyzwyczaić się do pająków. Jedne są mniejsze ale skaczą na wysokość twarzy, inne są bardziej konserwatywne, ale zainwestowały w rozmiary, mniej więcej dłoni. Nie każdemu też przypadną do gustu mrówki, które z racji rozmiarów potrafią wejść wszędzie, musi im się tylko chcieć. Lubią sobie człowieka podgryźć, w czym konkurują z pchłami. Tak się złożyło, że moje tegoroczne łóżeczko na katarakcie było siedliskiem i mrówek, i pcheł, a przed pająkami obroniła mnie moskitiera. Ta z kolei chroni przede wszystkim przed muchami, choć i zbłąkany komar ma trudniejsze zadanie. Miałem też kiedyś w Meroe łóżko, nad którym gniazdo uwiły szerszenie; moją koleżankę z Pragi i resztę jej ekipy zaatakowały pszczoły, gryząc jednego Czecha 700 razy! Wreszcie stworzenia jadowite - skorpiony i węże. Pierwsze spotkać nietrudno. Wystarczy w nocy udać się na poszukiwania wiejskiej toalety i trochę uważniej się rozejrzeć. Kiedyś w nocy jeden okaz stał czujny przy tej dziurze w ziemi, która z racji bolącego brzucha stała się moim marzeniem. Ale jak mawiają - jak nie urok, to..sraczka. Warto sprawdzać buty i po prostu patrzeć pod nogi. Z wężami jest zgoła inaczej - ja żadnego nie widziałem.. To zwierzęta, które towarzystwa ludzi nie znoszą i trzymają się raczej z daleka
A krokodyle? Podobno bardzo smaczne...

Sudan - miejsca, ludzie, przygody. Cz. V

czwartek, 23 września 2010

   
   Kiedy piszę, że w Sudanie jest ciężko - że pogoda, podróże, wszelkie trudy - bywają problemem dla psychiki i ciała, to nie dlatego, by wynieść siebie ponad innych, mówiąc przy tym: nie dacie rady, więc zostańcie w domach. Jest bowiem zgoła na odwrót, chcę pokazać, że skoro ja przeżyłem, to każdy da radę, i że warto odrzucić strach i obawy, by oddać się marzeniu. Ten strach buduje niewiedza, czasem wygoda. Każda podróż jest decyzją, każda decyzja ma swój efekt - decyzja jest zawsze nasza, a efekt wynikiem rzuconych w przestworza tysięcy kości do gry - zawsze nas coś zaskoczy. Pech, szczęście, przeznaczenie, los i przekleństwa chowają się w naszym cieniu, a ten rzucamy w każdym miejscu tego świata.
   Zilustruję ten wywód dalszym ciągiem opowiadanej przeze mnie historii. Z Karimy wyjechaliśmy z samego rana. Samochód obłożony był bagażami, nasze plecaki przywiązaliśmy od zewnątrz paki i w miarę upływu czasu zmieniały kolor na piaskowy. Część tobołów znajdowała się też między nami - siedzącymi z tyłu, nieustannie pieszczonymi ciepłym wiatrem. Jedno z miejsc należało do beczki paliwa, uszczelnionej wprawdzie kawałem szmaty, która i tak w końcu przesiąkła, i raczyła od czasu do czasu wonną kroplą ropy. Trasa była niewdzięczna. Wiodła w górę Nilu, co paradoksalnie oznaczało podróż na północ, dokładnie północny wschód. Jest to bowiem rejon, w którym Nil tworzy meander, największy być może na świecie. Szlak ciągnął się wzdłuż rzeki, jednak często, by ominąć nieprzejezdne wąwozy, skręcał w pustynię. Samochód jechał powoli, nie mógł się rozpędzić, bo w każdej chwili drogę mógł przeciąć rów, jakaś rozpadlina, czy głaz. Wiele zakrętów było niezwykle ostrych, a kierowca, dodajmy - nieznający trasy i bardzo niepewny w swym fachu - źle je oceniał, co kilka razy skończyło się lekkimi uderzeniami w skały. Krajobraz, który momentami wydawał się być księżycem nie rozpieszczał nas. Ciągłe wstrząsy, drgania, a także tydzień niełatwej podróży, bardzo wpływały na morale. Bolały ręce od trzymania się czegokolwiek, bolały pośladki od ciągłego skakania na każdej większej nierówności na drodze. Żołądki zamieniały się miejscami z większością wewnętrznych organów, co również wpływało na coraz gorsze samopoczucie. Godziny mijały, słońce było już wysoko na niebie i dokładało swoje pięć groszy (piastrów?), jakby opętane jakimś sadystycznym poczuciem obowiązku, nakazującym usmażenie każdej żywej istoty, którą zobaczy. Szczególnie białej istoty.
   Jechaliśmy w ciszy, wiatr i zmęczenie nie pozwalały na swobodne rozmowy. Podejrzewam, że w myślach wszyscy wysiadali z samochodu pod naszą białą skałą. W rzeczywistości tłukliśmy się jednostajnie, raz po raz trafiając do jakiejś małej wioski na skalistych brzegach Nilu, gdzie mówiono nam, że jeszcze tylko pół godziny. Ale mówiono nam to w kraju, w którym ludzie nie mają poczucia naszego czasu, w dodatku w najbardziej chyba zapomnianej części doliny środkowego Nilu. W powietrzu krążyło zirytowanie i lekkie zaniepokojenie. Tymczasem od kilku godzin czułem w sobie coś...Na początku delikatne mrowienie w dłoniach. Smród benzyny drażnił mnie od dawna, a wirujący żołądek sygnalizował kłopoty. Mrowienie było coraz silniejsze, czułem je w rękach, ale też w twarzy. Czułem jak zmienia mi się kolor twarzy na trupioblady, umiałem sobie to wyobrazić. Denerwowałem się. Brałem od kilkunastu dni lekarstwa antymalaryczne: paludrynę i arechin, których działanie nie zawsze jest pożądane, a które i tak miały być lżejsze niż choćby lariam. Bałem się, że dziesiątki połkniętych już tabletek w połączeniu z tą jazdą, pogodą, zmęczeniem skończą się zaraz czymś nie najlepszym. Człowiek się wtedy sam napędza w złym myśleniu, wyczekuje i wywołuje wręcz to, co zaraz się stanie. Mrowienie było już nie do wytrzymania, coraz trudniej było złapać oddech - przyszedł moment, w którym wiedziałem, że to się nie skończy tak po prostu. Inni też zauważyli, że odpływam. Ktoś uderzył w dach, dając sygnał, że potrzebny jest postój. Sztywniały mi już palce, a ciało dopadły dreszcze. Wiedziałem, że muszę zacząć biec. Skąd? Zaraz powiem. Musiałem przywrócić w sobie normalne krążenie. Było tak strasznie zimno, a przecież nie mogło być mniej niż 40 stopni... Ktoś pomógł mi rozcierając moje dłonie. Zapanowała konsternacja. Biegłem piaskowym traktem, łapałem dech i powoli czułem jak mrowienie ustępuje...czułem znów ciepło...
   Skąd wiedziałem, co robić? Bo taka historia przydarzyła mi się dwa miesiące wcześniej...w Poznaniu. Jechałem tramwajem. Wracałem z uczelni, była zima, a ja chory. Rano wypiłem gripex. Niepotrzebnie pojechałem, trzeba było zostać w domu. Siedziałem w tramwaju i zrobiło mi się niedobrze. Pojazd pokonywał kolejne przystanki, ale miałem wrażenie, że robi to strasznie powoli. Zacząłem się kołysać jak szaleniec i poczułem mrowienie w dłoniach...Ludzie zerkali, widziałem to, ale czułem się tak źle, że naprawdę nie było mi wstyd. Jeszcze tylko jeden przystanek...wytrzymam. Wreszcie, drzwi się otworzyły, wstałem i o mało nie upadłem, tak wiotkie miałem nogi. Wyskoczyłem z ciepłego tramwaju w ścianę lodowatego powietrza i momentalnie, ku memu najgłębszemu przerażeniu, palce mi zdrętwiały i zaczęły się wyginać w zupełnie nienaturalny sposób. Pierwszy raz w życiu ogarnęła mnie trwoga. Nie mogłem zadzwonić, bo nie byłem w stanie nic chwycić. Palce bolały coraz bardziej, bo wyginały się we wszystkie strony. Musiałem wyglądać jak opętany. Instynktownie biegłem po schodach w górę, by wyjść "na powierzchnię" i wtedy dopadło mnie światło. Coraz ciężej mi się oddychało, jakby tylko część tego mroźnego powietrza dostawała się do płuc, ale w dodatku przestałem niemal widzieć. Śnieg i słońce spowodowały, że przez mgłę dojrzałem autobusowy przystanek. Nie miałem już siły, byłem przerażony, zamajaczyły przede mną jakieś ludzkie sylwetki. Upadłem na ziemię i z trudem łapiąc oddech wyszeptałem, by ktoś zadzwonił po karetkę. Ludzie stali i czekali na autobus. Widziałem ich kontury. Ale nikt nie zadzwonił... ktoś wreszcie powiedział, że po drugiej stronie ulicy jest przychodnia, za jakimś blokiem, obok jakiegoś sklepu...Zebrałem siły, wstałem i zacząłem biec. Na oślep, przez dwie dwu-pasmowe ulice pełne samochodów. Ktoś zatrąbił. Po kilku minutach poczułem, że zaczynam czuć palce i że wraca mi oddech. Biegłem dalej, aż znalazłem przychodnię. Wylądowałem w szpitalu pod kroplówką.

Na 30 minut przed 'atakiem'... Nie zwracajcie uwagi na moją pokrzywioną brodę, proszę..


   Po co przytaczam tę historyjkę? By podkreślić, że w każdym miejscu, o każdej porze, po prostu zawsze, możemy zniknąć nie spodziewając się tego. To może być afrykańskie pustkowie, ale może być równie dobrze nasz własny dom. Jeśli to, co powstrzymuje kogoś przed wyruszeniem w podróż (a marzy o tym), to strach, że coś mu się złego przytrafi - strach przed nieznanym - poczucie, że tu jest bezpieczny, tam nie - niech ów strach porzuci. To smutna konstatacja, ale w tym sensie nigdy i nigdzie nie jesteśmy bezpieczni. A to, czego nie zrobimy - przynajmniej nie spróbujemy - potrafi po latach boleć dużo bardziej niż posiniaczone od jazdy po skałach pośladki!

Siedem melodii

wtorek, 21 września 2010

   Pisałem już o muzyce, o tym, czym dla mnie jest; jak ją postrzegam. Wiem, że nie jest to sposób odbierania jej odosobniony, daliście temu wyraz kreśląc własne zdania pod tamtym tekstem. Muzyka muzyce nierówna, szukamy w niej różnych wartości - nawet sami, w zależności od chwili, upajamy się różnymi nutami. Jednak wtedy, gdy opada na nas mgła pełna meandrujących myśli - kiedy cała nasza energia skupia się wewnątrz i wprowadza w nastrój refleksji - wtedy sięgamy po muzykę, która ową energię ukierunkuje. Dla mnie zawsze będą to kompozycje, przez które przebijać się będą emocje; w których czuć 'serce'. Nieważne, czy będzie to gniew, czy smutek, czy też wdzięczność i radość - ważne, że utwór poprzez swą 'prawdziwość' splecie się z moimi emocjami, które zawsze są przecież prawdziwe.
   Siedem melodii, które dziś przytoczę, to nie jest żadna moja lista przebojów. Nie jest to spis numerów, które w całym moim życiu odegrały najważniejszą rolę. Nie jest to w końcu zbiór melodii absolutny - ograniczona dostępność muzyki w 'sieci' uniemożliwia mi pokazanie wszystkiego, jak choćby 'nosound'owego Misplay, czy Winter Will Come. To utwory, które towarzyszą mi w ostatnich dwóch latach, i przy których, jak to kiedyś powiedziano na tym blogu, w głowie reżyserują się moje własne teledyski. Mało tego, z tramwaju, z samochodu, na ulicy, obserwuję prosty świat, który z muzycznym tłem przestaje taki być; z niedopowiedzianych, anonimowych historii wyłaniają się nowe - sensowne obrazy.
   Jeżeli ktoś szuka inspiracji - chce spojrzeć przez okno moimi muzycznymi oczyma - przeczyta ten tekst do końca. Dla nielubiących emocjonalnej twórczości będzie to jednak mało pociągający fragment.


Nosound - Some Warmth Into This Chill

...an unmoving, dirty rain...

   Jak już pisałem, gdybym miał przedstawić utwór tej włoskiej kapeli, byłby to zapewne Misplay z pierwszej płyty. Z drugiej strony ten zespół jest fenomenem i prawie każdy numer w ich wykonaniu jest emocjonalnym potworem - powala szczerością, zarówno w warstwie muzycznej, jak i lirycznej. Some Warmth... to utwór, którego słowa mogłyby być niezrozumiałe, a i tak doskonale odczytałbym jego przesłanie - tę krótką historię, tak typową dla wszystkich, a tak unikatową dla tego, kto ją przeżył. To o człowieku, który musi zabić w sobie wspomnienie, bo inaczej wspomnienie zabije go. Utwór o nieustannej wewnętrznej walce z pięknem, którego już nie ma, ale też o świadomości, że to się musi kiedyś skończyć. Stąd tytuł. 
   Ta muzyka płynie po wzburzonych wodach najpowszechniejszych ludzkich emocji. Płynie dzięki hipnotycznemu śpiewowi, dzięki odurzającym klawiszom, dzięki orkiestrze. Przede wszystkim jednak dzięki niepodważalnej 'prawdziwości'.

Glow - Blackfield

...save me
will you help me to feel the glow?...


   Oszczędny w dźwięki, powalający w swej prostocie, bo uderzający w sedno. Taki jest dla mnie Glow. Nie jest wielki muzycznie, a słowa nic z poezją wspólnego nie mają. I chyba w tym jego moc - bo bez kurtuazji, bez zaciemniania obrazu, trafia tam, gdzie powinien. Nie w każdych warunkach, nie o każdej porze dnia, ale kiedy ilustracją dla tego utworu stają się zmieniające się nieustannie obrazy w oknie pociągu, dostrzega się jego istotę. Tę krzyczącą tęsknotę za światłem, którego nawet wspomnienie jest już za szarą kotarą. Geffen krzyczy przez cały czas, choć głos podnosi przecież dopiero na samym końcu.

Snowdrops - The Pineapple Thief

...And I will slow your fall,
That is all, that is all...


   Kiedy po raz pierwszy usłyszałem Snowdrops byłem oczarowany. Ta piosenka nie jest ani smutna ani wesoła; jest w niej coś, co strasznie podnosi na duchu, lecz paradoksalnie jest przecież o przemijaniu, o tym, że wszyscy jesteśmy płatkami śniegu w niekończącej się zimie. Jest o sensie bycia - o tym, że dopóki nie spadniemy na ziemię naszym celem jest spowalniać upadek drugiego płatka. Ta druga osoba jest wszystkim, czego możemy chcieć i z nią mamy wirować, choć przyjdzie moment kiedy dołączymy do tych, którzy już przetrwali zimę.

Normal - Porcupine Tree

...You gotta see the waves,
not the wine bottle...


   Kiedy ktoś piszę o Porcupine Tree, to zazwyczaj w duchu: "o nich nie trzeba pisać, są tak wielcy, że wszystko zostało już powiedziane". Otóż, zostało powiedziane niezwykle wiele, a i tak przeciętny człowiek nigdy o nich nie słyszał. Co więc z tego, że Steven Wilson jest bogiem progresywnej muzyki, skoro trafia do nielicznych. Z drugiej strony, czy to ważne ilu ludzi go zna? Może istotne jest tylko to, że Ci, którzy go słuchają doceniają ten najbardziej nieprzeciętny talent dzielenia się emocjami? Normal, to normalna piosenka. Normalna jak na Jeżozwierze, bo w świecie muzyki, to kolejna perła, lśniąca formą i treścią. Zamieszczam wyjątkowe wykonanie tego utworu - kogo zachęci, ten przeszuka sieć za normalną wersją Normal. A ta mniej normalna okraszona jest jeszcze tą autentycznością Stevena, którą czuć w dialogu z publicznością. Musicie widzieć fale!

Empire - Demians

...and if one day I choose to run away
we’ll be together when we remember that day...


   Może dlatego, że ten utwór towarzyszył mi w najtrudniejszych chwilach; może dlatego, że Nicholas Chapel wyśpiewywał słowa, które rodziły się przecież w mojej głowie; może dlatego, że kiedy było źle - koił, a kiedy lepiej - przypominał; może dlatego, że rozrasta się jak fala przed sztormem i nagle się urywa, by pozostawić po sobie suspens ciszy ze znakiem zapytania: co dalej?; może dlatego, że to po prostu piękna melodia; ale na pewno dlatego, że to jedna z najprawdziwszych piosenek, jakie znam. To po prostu czuć. Wiem, że Chapel nagrywał tę balladę we własnej sypialni, sam - otoczony czterema ścianami, swoim życiem, wspomnieniami, uczuciami, historią. Nie musiał jej pamiętać, bo w jego własnym domu była cały czas obecna. I taka jest na płycie, w tym jednym utworze jest wszystko, czego oczekuję od muzyki. Ja z tym utworem nie chodziłem po ulicach, ja nad nimi latałem.

Lost Control - Anathema

...Yes, I am falling... how much longer till I hit the ground?...


   Na koniec dwa utwory Anathemy. Anathemy, która przeszła wielką przemianę - Lost Control, to upadek, Universal zaś, to powstanie z popiołów - zwycięstwo miłości. Nie znam chyba drugiego utworu, który w tak szorstki, a zarazem pełen pięknej melancholijnej melodii, oddałby upadek człowieka. Lost Control, to utwór o niewykorzystanych szansach, o szaleństwie bólu; to utwór o udawaniu i ciągłym byciu kimś, kim się nie jest; o uśmiechu na twarzy i gangrenie w sercu; o, zdawałoby się, nieuleczalnym kryzysie JA. Tam nie ma cienia nadziei, raczej maszerujący na śmierć przez las skrzypiec człowiek. Smyczki, które jak błędne ognie odprowadzają go na skraj przepaści.

Universal - Anathema

...You're everywhere I go
In everything I do...


   Na końcu musi zwyciężyć miłość. Tak zazwyczaj jest w filmach. Czy w życiu?.. To utwór, który uskrzydla, niezależnie od tego, gdzie nas ścieżki zawiodły. To utwór o niesamowitej sile, jaką daje miłość; o tym, że można wtedy pokonywać bariery, można "podrapać niebo". Można wszystko. Nie jest się tylko płatkiem śniegu, który wędruje w dół, można wzlecieć w górę. Potrzeba tylko kogoś, komu zadedykuje się każdy napisany wiersz, piosenkę, każdy sukces, każdy dzień.